czwartek, 24 października 2013

Rachel Hauck "Był sobie książę..."


Rachel Hauck „Był sobie książę...”, Wyd. Święty Wojciech 2013, ISBN 978-83-7516-638-5, stron 436

Czy można przywiązać się bardziej do wizji swojego przyszłego życia, niż do osoby, która w tę wizję jest wpisana? Otóż można. Susanna Truitt była przekonana, że wie, jak będzie wyglądać jej przyszłość. Od dwunastu lat była w związku ze swoją szkolną miłością, Adamem. Miał być dom, dzieci, rodzina. Ale nie będzie. Mężczyzna, żołnierz, właśnie wraca z kolejnej misji i oznajmia, że nie może się z nią ożenić. Uświadomił to sobie podczas zakupu pierścionka zaręczynowego. To nie jej chciał go wręczyć. Był już ktoś inny.

Gdy początkowy szok, że jej sielankowe wyobrażenia legły w gruzach, mija, Susanna w głębi duszy przyznaje jednak Adamowi rację. Czy to jeszcze była miłość? A może już tylko przywiązanie? Czy w ich przypadku w ogóle można mówić o namiętności?
Gdy w niekomfortowej dla siebie sytuacji spotyka fascynującego mężczyznę, nawet nie przypuszcza, jak jej życie może się zmienić. Czy legendarny Dąb Kochanków ma szansę zaistnieć w jej rzeczywistości, a nie tylko w marzeniach?

Nathaniel okazuje się być świetnym facetem. Już dawno z nikim nie czuła się tak dobrze. Dziewczyna nie wie jednak, że Nate, jak jej się przedstawił, jest prawdziwym księciem, na którego czekają liczne obowiązki, a jego szczęście osobiste zależy od pewnych obwarowań, wynikających z historii. Co wydarzy się na koronacji Nathaniela, na którą, ku swojemu zaskoczeniu, zostaje zaproszona Suz?

Gdy przeczytałam opis tej książki, pomyślałam: „nie, to nie dla mnie”. Ale jednak ją wybrałam. Co mnie do tego skłoniło? No cóż, okładka – zwyczajnie do mnie przemówiła; ale pewien wpływ miały również pozytywne recenzji. Ale już sama lektura zafundowała mi prawdziwą sinusoidę wrażeń. Walczyły we mnie ciekawość, co dalej – choć można się tego łatwo domyśleć i nic zaskakującego czy odkrywczego w tej historii nie ma, z niechęcią do słodkości. A jest jej w powieści Rachel Hauck niemalo. Patetyczność stylu zajmuje swoje miejsce obok poczucia humoru, które odpowiadało mi zdecydowanie bardziej i szkoda, że jego przejawów nie ma więcej. Parę tekstów Nathaniela to trochę za mało, ale sytuację ratuje postać Avery, siedemnastoletniej siostry Suz. Jest trochę szalona, ale patrzy na świat z większą otwartością. Jej szczery zachwyt nad wszystkim, co je otaczało w czasie koronacji, zauroczył także mnie i to ona jest postacią, która wzbudziła moją największą sympatię.

Gdy już jesteśmy przy bohaterach, to na zasadzie kontrastu do sióstr Truitt autorka zbudowała postać Lady Genevieve, wrednej, egoistycznej snobki, która myślała tylko o korzyściach dla swojej idealnej osoby. Nathaniel miał być jej trampoliną do sukcesu, rozumianego jako brylowanie w arystokratycznym świecie, wśród koronowanych głów.

Wracając do patetyczności stylu, o której wspomniałam wcześniej, w moim odczuciu wiąże się ona z wiarą w Boga, która jest w życiu bohaterów wszechobecna. Niektórzy mogą uznać, że jestem dziwna, a moja wiara mała, ale trochę męczące było to ciągłe mieszanie Boga do wszystkiego. Rozumiem, drobne odniesienia, zwrot w myślach, ale wspólne modlitwy Suz i Nathaniela odrobinę drażniły. Książka religijna tak, ale w powieściach nie przepadam za takim manifestowaniem religijności; ona jest dla mnie na tyle intymna, że powinna pozostać częściowo w ukryciu. Ale widać autorka chciała inaczej.

Zakładam, że „Był sobie książę...” miał mieć swoją głębię. Znajduję ją w zachowaniu Susanny. Dziewczyna ukształtowała swoje poglądy i spojrzenie na życie pod wpływem wydarzeń z dzieciństwa. Nieustanne, gwałtowane kłótnie jej rodziców ograniczyły jej odwagę i sprawiły, że spokój i harmonię znajdowała tylko w przewidywalności. Planowanie, porządkowanie było sposobem na unikanie rozczarowań i niespodzianek losu. I jeszcze jedno: może Rachel Hauck chciała pokazać, że wielkie rody arystokratyczne to zbiór zwyczajnych ludzi, takich jak my. Może i mają więcej pieniędzy, dostępne są im liczne przywileje, ale kochają, pragną, przyjaźnią się jak „śmiertelnicy”. Przecież w dzisiejszych czasach też zdarzają się przypadki ślubów książąt czy księżniczek z kimś z „ludu”.

Powieść amerykańskiej autorki rekomendowałabym dla celów czysto rozrywkowych. Nawet jeśli miała to być opowieść z przesłaniem, to całokształt nie do końca wpisał się w moje oczekiwania. Mojego życia ta lektura nie zmieni, więc mogę ją ocenić tylko w kategoriach chwili odprężenia. 

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Portalowi Sztukater.


Książka bierze udział w wyzwaniu „Czytamy powieści obyczajowe”.

19 komentarzy:

  1. I takie książki są potrzebne. Dla relaksu, czemu nie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jednak wolę bardziej gęstą, psychologiczną prozę ;-) Dla relaksu czytam horrory klasy B, od obyczajówek i dramatów oczekuje czegoś ponad rozrywkowe standardy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuu, horrory, zupełnie nie moja bajka;)

      Usuń
  3. Och.. coś mnie ostatnio odrzuciło od książek gdzie tematem wiodącym jest miłość, może za jakiś czas mi przejdzie, teraz wbiłam się w kryminały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kryminału też dawno nie miałam, chyba też powinnam jakiś przeczytać dla odmiany;)

      Usuń
  4. ..prawda jest taka, że mam słabość do książek o przewidywalnej tematyce i gdy przerzucę karty rozpraw filozoficznych, psychologicznych i głębokich wynurzeń, wielowymiarowych bohaterów i głębokich treści, to fajnie mi przy lekturze takiego kalibru o jakim piszesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie, po cięższych lekturach takie lekkie są w sam raz, cały czas tych głębokich się czytać nie da;)

      Usuń
  5. Potrzebuje książki do odprężenia, widzę że ta się świetnie nada :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej, ciepła i pozytywna:)

      Usuń
  6. Też ją mam i czekam na odpowiednią chwilę ;)
    Odstrasza mnie trochę ta religijność, no ale patrząc na wydawnictwo przez, które została wydania, to nic dziwnego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie racja;) Może w "Sukni ślubnej" jest jej mniej.

      Usuń
  7. jak będę się chciała zrelaksować to po nią sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale namawiali na tę książkę na targach i na herbatkę u księcia :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, to musiałam tamtędy nie przechodzić;)

      Usuń
  9. teraz czytam. Dziwnym trafem właśnie teraz się za nią biorę... ale czyta mi się super ;)) potrzebuję teraz takiej książki ;)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.