czwartek, 28 listopada 2013

Knut Stene-Johansen "Historia uwodzenia. Uwodziciele i ich ofiary w dziejach Europy"


Knut Stene-Johansen „Historia uwodzenia. Uwodziciele i ich ofiary w dziejach Europy”, Bellona 2013, ISBN 978-83-11-12938-2, stron 208

To miała być świetna książka. Tak sobie naiwnie myślałam, bo przecież temat ciekawy, a i okładka zachęcająca. Kolejny raz, niestety, całkowicie rozjechały się moje oczekiwania i nastawienie z treścią i sposobem jej prezentacji. Cóż, do tej książki chyba jestem zwyczajnie za głupia.

We wstępie autor przedstawia tezę, że flirt i uwodzenie towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów. Wyjaśnia też, skąd wybór bohaterów.
Bo nie myślcie sobie, że dostaniemy przekrój przez wszystkie epoki, nie: jako że przyzwyczajeni jesteśmy do „naszego”, czyli typowego dla kultury Zachodu sposobu wyrażania uczuć, Johansen postanowił skupić się na XVII i XVIII wieku i na kulturze francuskiej, ponieważ to właśnie Francja grała pierwsze skrzypce w rozwoju życia duchowego i to tam wyróżniło się pięciu mężczyzn. Dwaj z nich to postaci fikcyjne – bohaterowie utworów literackich, trzech żyło naprawdę. Łączyło ich jedno: byli libertynami, a ci bardzo mocno podkreślali swoją wolność, zarówno w przekonaniach, jak i w erotyce. Kobiecym odpowiednikiem libertyna będzie femme fatale. Wstęp zapozna nas również z ewolucją pojęcia miłości w tamtych wiekach (najpierw miłość traktowano jako grę, potem miłość była grą), z sylwetkami znanych libertynów; przedstawi libertynizm w tradycji literackiej, rozumiany jako sprzeciw wobec totalitaryzmu i absolutyzmu oraz pokusi się nawet o jego porównanie z pornografią.

Pierwszym bohaterem jest Cyrano de Bergerac, słynny pisarz i filozof, w którego życiu legenda i prawda splotły się nierozerwalnie, a jego mit do dziś podtrzymują film i teatr. Autor analizuje styl utworów Bergeraca i jego błyskotliwy język, która to cecha jest charakterystyczna także dla pisanych przez niego listów miłosnych. Porównuje także komedie jego autorstwa z komedią Edmunda Rostanda, który utrwalił legendę Cyrana. Sporo miejsca poświęcił też jego defektowi fizycznemu, czyli budowie nosa, który jest najbardziej rozpoznawalny i urósł do rangi symbolu.

Don Juan – kto z nas o nim nie słyszał? To jeden z najsłynniejszych uwodzicieli świata, a jednocześnie tylko (a może aż?) postać literacka. Tu Johansen ocenia znaczenie fikcji dla sztuki uwodzenia, pisząc, skąd się wziął Don Juan pierwotny. Jego twórcą był Tirso de Molina, którego sztukę rozbudował do pięciu aktów, wystawionych w 1665 r., Molier. Dzieło Francuza charakteryzuje się jednością nie akcji czy miejsca, ale bohatera. Również w tym utworze widoczne są zasady libertynizmu, czyli przede wszystkim zmienność oraz wybór nie pomiędzy, ale „jedno i drugie”, widziane jako przymus zdobywania i liczenia swoich podbojów. Don Juan został też przeniesiony na grunt opery za sprawą Mozarta i jego „Don Giovanniego” – w tym aspekcie autor opisuje arię szampańską oraz rolę trunku w sztuce uwodzenia, aktualną po dziś dzień.

Rozdział o Casanovie wydał mi się najbardziej interesujący, ponieważ zawierał więcej konkretów. Casanova przyszedł na świat w rodzinie aktorów, szczycił się doktoratem z prawa, był filozofem i eseistą. Choć w świadomości i symbolice zapisał się mało chlubnie, pozostawił po sobie pamiętniki „Historia mojego życia”, które można rozpatrywać nie tylko z punktu widzenia wrażeń literackich, ale może przede wszystkim wiedzy o czasach jemu współczesnych. Jasne jest, że piszący nie oparł się próżności, ale jednak historycy nie odmawiają jego dziełu autentyczności, także z uwagi na doskonale rozwinięty zmysł obserwacji. To dzięki niemu wiarygodnie przedstawił system hierarchiczny XVIII w. i życie towarzyskie. Z najlepszej strony – jako autor – Casanova pokazuje się przy opisie swojego najdłuższego i najpoważniejszego romansu.

Kolejna część poświęcona jest Valmontowi, bohaterowi powieści epistolograficznej „Niebezpieczne związki” Choderlosa de Laclosa. Najpierw dostajemy krótki opis intrygi, by przekonać się, że oddaje ona zmierzch libertynizmu na rzecz wkraczającego już romantyzmu. W tym rozdziale pojawił się też rys historyczny powieści bazującej na listach, które tworzono już w XIV w. Jej centralnym punktem zawsze miał być wymiar dydaktyczny. Same „Niebezpieczne związki” przedstawiono jako powieść wieloznaczną, będącą próbą opisu kobiety naturalnej, niszczonej przez braki moralne szlachty. Można ją także rozpatrywać na płaszczyźnie militarnej – głównie dzięki strategii uwodzenia.

Ostatni rozdział to oddanie pola markizowi de Sade, żyjącemu w latach 1740-1814, z czego trzydzieści lat spędził w różnych więzieniach. Jest przedstawicielem ciemnej strony zjawiska uwodzenia, a zarazem mężczyzną, na którym zakończyła się dwustuletnia epoka w dziejach tej sztuki. Johansen skupia się na najbardziej perwersyjnym utworze markiza: „Sto dwadzieścia dni Sodomy”, w której terror miesza się z największymi okropnościami. Dokonuje analizy języka i roli przemocy. Stara się również wyjaśnić, że więcej sadyzmu było w powieściach Sade’a, niż w jego rzeczywistym życiu, w którym bardziej stosował „sado-maso w wersji light” (jakkolwiek to brzmi).

Są jeszcze streszczenia i biografie, łatwiej przyswajalne, niż cała treść.

Niniejsza publikacja należy do cyklu „opracowań popularnych”, które poświęcone są historii obyczajów. Nie nazwałabym jej „popularną”, a właśnie na to się złapałam. Dla mnie jest to książka czysto naukowa, zarówno pod kątem informacji w niej zawartych, jak i języka. Autor postawił sobie za cel udowodnić tezę o libertynizmie swoich bohaterów i do tego sprowadza się każda część. Wynudziło mnie to okrutnie, bo nie na to liczyłam. Miałam nadzieję na układ treści zbliżony do biografii, a to, co dostałam – czyli analiza dzieł literackich – nie do końca mi pasowało. Wiem, że w dziełach autor zawiera część siebie, ale skoro nie znam dokładnie ani twórcy, ani jego utworów, to jak mogę się odnieść do teorii Johansena? Uważam też, że trochę wprowadza w błąd podtytuł, ponieważ mało jest informacji o ofiarach tych uwodzicieli.

Myślałam, że przemknę przez tę lekturę jak burza, a tymczasem męczyłam ją prawie dwa tygodnie. Niby ma niewiele rozdziałów, ale nie dałam rady przeczytać jej na raz – zwyczajnie się nie da, bo wymaga ona ogromnego skupienie. A i tak nie wiem właściwie, co wyniosłam z tej pozycji. Trudny język, nieznajomość faktów i zjawisk w niej opisanych, czyni „Historię uwodzenia” właściwą dla historyków literatury i znawców francuskiej kultury osiemnastowiecznej. Dla mnie to nauczka, by z większym dystansem wybierać lektury typowo historyczne.

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Portalowi Sztukater.    

http://www.sztukater.pl/


Książka bierze udział w wyzwaniach „Czytamy książki historyczne” oraz „Nie tylko literatura piękna...”.

12 komentarzy:

  1. Patrząc na tytuł myślałam: może być fajnie... a widzę, że fajnie nie jest...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślałam, i widzisz, co mi z takiego myślenia wyszło...

      Usuń
  2. Nie przeczytam, dzięki za recenzję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytaj, szkoda czasu i zdrowia;)

      Usuń
  3. Skoro tyle tygodni męczyłaś tę lekturę, to ja nie chce przechodzić przez to samo i spasuje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm, tytuł mnie nęcił, osiemnastowieczną literaturę i historię francuską mam opanowaną w stopniu podstawowym to może bym dała radę, ale zrezygnuję. Jakoś nie mam chwilowo ochoty czytać o tych wszystkich uwodzicielach, chociaż nęci mnie historia o Valmoncie, bo moją ukochaną książką, jedną z dwóch, są "Niebezpieczne związki".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Valmoncie jest chyba najmniej, ale skoro kochasz "Niebezpieczne związki", to powinno Cię zainteresować. Ale faktycznie, jak nie masz nastroju, to nie ma się co zmuszać, tym bardziej, że szału nie ma.
      Teraz powinnaś jeszcze zdradzić, co to za druga książka:)

      Usuń
  5. Okładka faktycznie zachęcająca no i jeszcze ten tytuł, ale tyle męczyć książkę to już są tortury, szczerze Ci współczuje. Miało być pięknie a wyszło beznadziejnie, szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No daj spokój, coś mi się robiło, jak ją brałam do ręki, jakby nie to, że była do recenzji, to na pewno bym jej nie skończyła.

      Usuń
  6. Może gdyby książka była napisana bardziej przystępnym językiem, łatwo by się ją czytało. Zniechęciłaś mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu masz rację, skoro treść mniej ciekawa, to żeby chociaż styl był do przyjęcia, a tu nic z tego...

      Usuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.