sobota, 30 kwietnia 2016

Olga Rudnicka "Były sobie świnki trzy"



Olga Rudnicka „Były sobie świnki trzy”, Prószyński i S-ka 2016, ISBN 978-83-8069-266-4, stron 360

Żony komornika stołecznego, prawnika i doradcy podatkowego żyją sobie właściwie jak w raju. Pieniędzy im nie brakuje, z czasu mężowie też ich jakoś specjalnie nie rozliczają, więc mogą go poświęcać sobie. A jednak trzy przyjaciółki, Kama, Jolka i Marta, czują, że ich egzystencja skręciła nie w tym kierunku, co chciały. Wyjście jest tylko jedno: to najlepszy moment na zmianę stanu cywilnego. Ale przez te głupie papiery, które kiedyś podpisały, a zwane intercyzą, rozwód nie wchodzi w grę. Ale gdyby tak zostać majętną wdową...? Kobiety zgodnie dochodzą do wniosku, że to wcale niegłupia myśl. Opracowują plan pozbycia się wiarołomnych małżonków, ale już przekucie zamysłu w czyn wcale nie jest takie proste, jak im się na początku wydawało...

Odkąd przewróciłam ostatnia stronę najnowszej powieści Olgi Rudnickiej, zastanawiam się nad jej fenomenem i nie mogę wyjść z podziwu. Nie ma jeszcze trzydziestu lat, a na swoim koncie już dwanaście książek, z których co jedna, to lepsza, a już trzema tomami o siostrach Sucharskich przeszła samą siebie, sprawiając, że w dziedzinie komedii kryminalnej nie ma sobie równych i jej miejscu na podium chyba nikt nie jest w stanie zagrozić. Nie wiem, jak ona to robi, bo teoretycznie przecież samo poczucie humoru – które u niej wydaje się być niewyczerpane – to trochę za mało. Ale ma też Rudnicka wszystkie inne atuty, które do jej kolejnych powieści przyciągają jak magnes. Pisze z taką lekkością, tak przystępnie, że człowiek zaczyna czytać i ani się obejrzy, jest już na końcu, a przecież wcale tego nie chciał. O właśnie, znalazłam jedyną wadę jej utworów – są zwyczajnie za krótkie. Fabuły pióra pisarki zawsze dostarczają niebywałej rozrywki i absolutnie nie przeszkadza to, że opierają się w gruncie rzeczy na podobnym schemacie konstrukcyjnym bohaterów, bo ci zazwyczaj, nawet jeśli się lubią, to nie szczędzą sobie ironii i ciętych słów. I pomysły też mają nie od parady, czego najlepszym przykładem są „Były sobie świnki trzy”.

Związek z drugim człowiekiem nigdy nie jest sprawą prostą, ale nawet jeśli nasza druga połowa czasem wkurzy nas maksymalnie, to chyba nie przychodzą nam do głowy pomysły na jej pozbycie się. A bohaterkom Rudnickiej i owszem, i jeszcze postanawiają wcielić je w życie, by ich własne nabrało wreszcie charakteru i przyniosło im utraconą wolność. Co więc wchodzi w grę? Wypadek, samobójstwo, porwanie, trucizna lub wszelkie odmiany tychże. Nie powiem, co wybrały, ale kolejny raz trzeba przyznać, że kreatywności autorce nie zabrakło. I dzięki temu czytelnicy mają wielką uciechę.  

„Były sobie świnki trzy” nie raz doprowadziły mnie do wybuchów nieopanowanego śmiechu. Rozmowy Jolki, Kamy i Marty biją wszystko na głowę. I już sam początek jest niezły, ale z każdą stroną jest coraz lepiej i pod koniec mamy prawdziwe apogeum dobrej zabawy. Ta książka ma taki magiczny moment – choć dla każdego, któremu się spodoba, może być on w innym miejscu – po którego przekroczeniu nie da się jej już odłożyć, dopóki nie ujrzy się ostatnich słów. A wtedy pojawia się żal, że to już koniec i znów trzeba czekać nie wiadomo ile na następne dzieło Rudnickiej...

Olga Rudnicka znowu stanęła na wysokości zadania. Utworami „Były sobie świnki trzy” i „Diabli nadali” pokazała, że istnieje „życie po Nataliach”, że tak to nazwę – a mam na myśli fakt, że historie o Nataliach podobały mi się najbardziej z całej jej twórczości i przez dłuższy czas bałam się, że nic nie będzie w stanie im dorównać. Na szczęście moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Te dwa tomy były genialne i wspominać je będę z sentymentem. Czekam na więcej tak wyśmienitych powieści.

Wyzwanie: „Grunt to okładka”.

20 komentarzy:

  1. Mam w planach :) Nawet zaczęłam podczytywać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że wrażenia pozytywne:)

      Usuń
  2. Na poprawę humoru jak znalazł. Mam już w planach tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba muszę w końcu stanąć oko w oko z Olgą Rudnicką. Słyszę o jej powieściach coraz więcej dobrego.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czym prędzej zacznij czytać, tyle dobra przed Tobą:)

      Usuń
  4. Ta książka zebrała wiele pozytywnych opinii. Muszę w końcu sięgnąć po coś tej autorki.
    Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też czekam (serii o Natalii nie znam).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musisz nadrobić to niedopatrzenie;)

      Usuń
  6. Bardzo lubię powieści Rudnickiej. Tej najnowszej jeszcze nie czytałam, ale na pewno wkrótce nadrobię to niedopatrzenie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiedzieć czemu... Rudnicka w pewnym momencie pomyliła mi się z Bondą! o_O. Nie mniej... serii o Natalii nie czytałam, ale mam w planach... a może przygodę z powieściami tej autorki zacznę od "Były sobie.." - jedno jest pewne: zacząć na pewno zamierzam :)

    Pozdrawiam
    Książki - inna rzeczywistość

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oo, ciekawe, czemu;)
      Możesz zacząć od "Świnek...", a potem poleci samo;)

      Usuń
  8. Książka czeka już na czytniku i nie mogę się doczekać tej pasjonującej lektury, bo wypadałoby w końcu poznać twórczość Rudnickiej. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Rudnicka nigdy nie zawodzi, może mieć słabsze pozycje, ale nawet takie bawią do łez. Jestem pod wrażeniem jej talentu. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to utalentowana dziewczyna jest, co tu dużo mówić:)

      Usuń
  10. Książkę czytałam kilka tygodni temu. Bardzo przypadła mi do gustu. Rudnicka (jej książki) to idealne remedium na smutki, doła.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.