poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Natasza Socha "Rosół z kury domowej"



Natasza Socha „Rosół z kury domowej”, Pascal 2015, ISBN 978-83-7642-558-0, stron 304

Wiktoria jest perfekcyjną panią domu. I nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady – zna domowe sposoby na każdy rodzaj zabrudzenia; urządza przyjęcia tematyczne lub kolorystyczne; idealnie nakrywa stoły, w czym pomocna jest miarka krawiecka, bo to dzięki niej zachowuje wymaganą odległość między talerzami a sztućcami. Rodzaje garnków także nie mają przed nią żadnych tajemnic, a w chwili gdy rozważa zalety chińskiego parownika bambusowego, jej mąż Tymon oznajmia, że odchodzi i wspaniałomyślnie proponuje jej na otarcie łez dwadzieścia procent wartości domu, bo przecież ona na niego nie zarabiała.

Wiktoria z depresją pełną gębą wyjeżdża do siostry swojej matki, ciotki Klary. Jej nowym domem staje się niemiecka wieś. Gdy przestaje myśleć tylko o nieudanym małżeństwie i wreszcie zaczyna poznawać okolicę, spotyka inne kobiety, które tak jak ona dały się zamknąć w czterech ścianach i odebrać sobie radość życia. Judith, Mara i Lea stają się jej coraz bliższe, a niedługo później w jej głowie kiełkuje pomysł, który ma przywrócić im wiarę i pewność siebie: ubrane jedynie w weneckie maski, topless, będą gotować, a nakręcone filmiki umieszczać w sieci. Co z tego wyniknie?

Specyfikę stylu prozy Nataszy Sochy poznałam dzięki powieści „Macocha”. Bardzo miło ją wspominam i od tamtej pory mocno autorce kibicuję (choć jeszcze nie poznałam „Maminsynka”, który był „po drodze” między dwoma utworami, tamtym i najnowszym). „Rosół z kury domowej” już na pierwszy rzut oka ma wszystko, co potrzeba, by maksymalnie zaintrygować. No bo tak: niebanalny tytuł świadczący o bogatej i obfitującej w skojarzenia wyobraźni pisarki; przyciągającą wzrok, niespotykaną okładkę, a na niej jeszcze coś: rekomendację Magdaleny Witkiewicz – autorka „Szkoły żon”, „Milaczka” czy „Pierwszej na liście” gorąco namawiała na lekturę „Rosołu...” i wiedziała, co robi. To opowieść, od której rzeczywiście niełatwo się oderwać. Dla mnie osobiście ta historia miała jeszcze jedną zaletę, która przekonywała do sięgnięcia po nią: niesie w sobie wątek kobiecej przyjaźni, a ten w polskiej literaturze obyczajowej uwielbiam, o czym wspominałam już wielokrotnie.

Natasza Socha w kokonie lekkiej, zabawnej formy porusza problem, który dotyczy pewnie milionów kobiet na całym świecie, jak on długi i szeroki. Kobiet, którym mężczyźni, teoretycznie ich najbliżsi, wmówili, że ich powołaniem jest prowadzenie domu oraz pożegnanie własnych ambicji zawodowych. I wcale nie chodzi tutaj o te, które robią to z radością i z własnej woli; ani o to, że autorka nie docenia roli kur domowych – wręcz przeciwnie, ona dobitnie podkreśla, że po pierwsze, jest to praca, jak każda inna – tym bardziej że ekonomiści potrafią przecież wycenić jej wartość; a po drugie – jak szybko przestaje być ona doceniana, bo przecież najprościej powiedzieć, że kobiety, która „siedzą” w domu, nic nie robią. Miło chyba wrócić do domu, w którym wszystko jest posprzątane tak, że aż lśni czystością, koszule wiszą wyprasowane w szafie, a na stole czeka dwudaniowy obiad, najlepiej jeszcze z deserem i kompotem, prawda? A kto to robi? Samo się robi. Albo raczej dokonuje tego jeszcze jeden mebel domowy, czy może raczej urządzenie wielofunkcyjne, które często tylko dlatego, że nie zarabia własnych pieniędzy, jest traktowane jak istota niższego gatunku, głupsza i bez własnego zdania. I nieważne, że tak jak bohaterki, kury te mogą być z wykształcenia architektami, socjologami czy ekonomistkami - przecież do gotowania, sprzątania czy prasowania taka szeroka wiedza nie jest wymagana. I chyba pół biedy, gdy mąż takiej uprzedmiotowionej żony już nie zauważa; gorzej, gdy zauważa aż za bardzo; gdy lecząc swoje kompleksy i niedowartościowanie zaczyna stosować każdy rodzaj przemocy: psychiczną, fizyczną i seksualną. I niech mi ktoś jeszcze raz powie, że tzw. kury domowe to mają sielskie życie – czasem ich mężowie potrafią zafundować piekło i zestresować bardziej, niż najbardziej wymagający i wredny szef, jakiego ziemia nosiła.

Niby niewielka książeczka, a Socha umieściła w niej wszystkie aspekty losu statystycznej kobiety domowej. Bo nie omija również tematu utraconej kobiecości. Choć to akurat zjawisko może spotkać każdą z nas, nie tylko te niepracujące zawodowo – akurat w odnajdywaniu niedostatków własnej twarzy i ciała jesteśmy chyba mistrzyniami. Pisarka z pełnym przekonaniem oświadcza, że „atrakcyjność to stan naszego umysłu, a nie zewnętrzna powłoka” (str. 220). A skoro my same nie lubimy siebie, nie akceptujemy tego, jakie jesteśmy, owijamy się płaszczem kompleksów, to jak inni mają nas dostrzec i zobaczyć, ile naprawdę jesteśmy warte? A poza tym, czy równanie do jednego wzorca, do kanonów urody, które ktoś tam kiedyś sobie wymyślił, nie jest nudne? Czy nie lepiej z tego, co mamy, zrobić atut i postawić na indywidualność? Tym bardziej że przecież nie wszystkim podoba się to samo, ten wygląd jak spod sztancy. Myślę, że właśnie takie przeświadczenie chciała nam, swoim czytelniczkom, wpoić Natasza Socha i to miało na celu wykorzystanie motywu gotowania nago, pełnego świeżości i oryginalności. Pisarka chciała dać nam prawo do bycia niedoskonałymi, a jednocześnie uzmysłowić, jak wiele zależy od naszego myślenia: „To, jak postrzegamy same siebie, automatycznie rzutuje na ocenę otoczenia. Jeśli wszystkim powiesz, że jesteś brzydka, świat zobaczy cię brzydką. Człowiek na niezwykłą zdolność do umniejszania własnej osoby” (str. 172).

Zapewniam, że „Rosół z kury domowej” to mozaika wielu innych jeszcze, błyskotliwych zdań, które każda kobieta powinna wbić sobie do głowy i wziąć do serca. Natasza Socha napisała książkę życiową, do bólu prawdziwą, taką, do której chce się powracać, by czerpać z niej siłę. Odkładam ją na półkę naładowana optymizmem i wiarą, że sama dla siebie muszę – i chcę  - być dobra.

„Rosół z kury domowej” to książka przepełniona niepowtarzalnym urokiem, którego słowa nie oddadzą do końca – trzeba samemu doświadczyć tego charakterystycznego, ciętego języka, przejawów oczytania autorki i jej zmysłu obserwacji współczesnego świata. Do lektury bardzo zachęcam wszystkie kobiety, choć pewnie lepiej odczytają intencje autorki te z nas, które są żonami i matkami, ale także mężczyzn – może otworzy im ona oczy na wiele istotnych kwestii, skłoni do refleksji.

A do autorki mam tylko jedno, małe pytanie: pani Nataszo, ale dlaczego tak krótko? Ja bym chciała więcej... Choć zakończenie, przyznaję, pierwsza klasa, to jednak żal był rozstawać się z bohaterkami. Nie wiem, jak wypadają pozostałe książki, poza „Macochą”, ale wiem jedno: ta według mnie jest wybitna. Wielkie brawa za ugotowanie takiego rosołu.

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Pascal.

http://ksiegarnia.pascal.pl/ksiegarnia.php

Wyzwanie: „Polacy nie gęsi”.

10 komentarzy:

  1. Dla mnie trochę ostatnio za dużo tej książki wszędzie, raczej przeczytam jak trochę spadnie jej popularność, bo obecnie mam już trochę jej dosyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, sporo recenzji się przewinęło przez blogi, i tak szczerze mówiąc, wiedząc, że będę czytać "Rosół", to ich unikałam. Dlatego nie mam przesytu:)

      Usuń
  2. Może kiedyś sięgnę po ''Rosół...'' a tymczasem mam inne plany czytelnicze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że sięgniesz, bo naprawdę warto:)

      Usuń
  3. Raczej nie sięgnę po tę pozycję, bo to zupełnie nie mój klimat, jednak przyznaję, że książka zapowiada się naprawdę pozytywnie.

    Pozdrawiam i zapraszam na konkurs,
    http://recenzjewojtka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, zajrzę w wolnej chwili;)

      Usuń
  4. Wszyscy zachwalają tę książkę. Nie pozostaje mi nic innego jak ją przeczytać po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniała książka, Ty jak zwykle potrafisz ubrać w słowa to co ja nie jestem w stanie, mogę linkować do ciebie w celu uzyskania lepszego uzasadnienia? ;) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że możesz, choć wcale nie uważam, że trzeba;) Czytałam Twoje wrażenia i niczego im nie brakuje:)

      Usuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.