sobota, 15 sierpnia 2015

Katarzyna Kołczewska "Wbrew sobie"



Katarzyna Kołczewska „Wbrew sobie”, Prószyński i S-ka 2015, ISBN 978-83-8069-017-2, stron 760

Życie jak z bajki. Tak Ewelina Rajska mogłaby podsumować swoją egzystencję. Jest docenianym chirurgiem, cieszącym się względami u szefa, a prywatnie żoną rzutkiego biznesmena Adama. Finansowo mogą sobie pozwolić na wszystko, a do pełni szczęścia brakuje im już tylko dziecka. Choć i to marzenie w najbliższym czasie ma się wreszcie ziścić.

Ale w tym jednym przypadku, na którym tak im zależało, nie ma szans na happy end i Rajskich dotyka tragedia śmierci nienarodzonego dziecka. Ewelina nie może się z tym pogodzić. Im więcej czasu mija, tym według niej jest gorzej. Wszyscy jej mówią, że musi wziąć się w garść, a ona nie potrafi i nie chce. Swoich najbliższych: Adama, matkę i starszą siostrę zaczyna traktować jak największych wrogów, bo nie chcą dzielić jej bólu. W końcu podejmuje decyzję o rozwodzie, ale nic nie idzie po jej myśli. Do tego poznaje skrywane dotąd rodzinne tajemnice, które każą jej inaczej patrzeć na swoją przeszłość i zmienić nastawienie do życia. Ale czy jest jeszcze na to czas? A może przegrała już wszystko?

Katarzyna Kołczewska debiutowała znakomitą w moim odczuciu powieścią „Kto jak nie ja?”, która wyjątkowo mocno odciskała swe piętno na psychice. Potem wydała równie udane „Idealne życie”, którym ugruntowała swoją pozycję pisarki niebanalnej, której warto się bacznie przyglądać. „Wbrew sobie” zaintrygowało mnie od pierwszego rzutu oka na opis. Ucieszyła mnie również liczba stron, bo wiedziałam, czułam, że dokona bardzo dokładnej i dogłębnej wiwisekcji swoich bohaterów. I tak oczywiście się stało, choć muszę przyznać, że i tak pisarka zaskoczyła mnie skalą problemów ujętych w najnowszym utworze.

Tak po prawdzie to byłam przekonana, że Kołczewska skoncentruje się na uczuciu straty, które stało się udziałem Eweliny. Na jej przykładzie autorka stawia szereg pytań, na które chyba nie ma dobrej, jedynej odpowiedzi. Jak długo może trwać żałoba po nienarodzonym dziecku? Czy ktokolwiek z zewnątrz może o tym decydować? A czy jednocześnie da się nią usprawiedliwiać zachowanie nie do zniesienia dla innych wokół niej? A co z ojcem dziecka? Ewelina zupełnie nie zwraca uwagi na Adama, którego przecież też ta strata obejmuje. Jest tak zatracona w swoim bólu, tak nim pochłonięta, że nie zważa na nic. Z czasem nabiera przekonania, że tylko rozwód z mężem pozwoli jej zapomnieć i ruszyć dalej. Jak zresztą miałaby żyć dłużej z mężczyzną, który wzbudza w niej tylko odrazę? Ale tak właściwie, poronienie jest dopiero początkiem. Można by rzec, że problemy spadają teraz na Rajską z siłą lawiny; los nie daje jej ani chwili wytchnienia; stawiając przed nią kolejne wyzwania, każe jej zdawać egzamin z człowieczeństwa. Choroba matki, problemy siostry – czy Ewelina zdobędzie się wreszcie na altruizm i przestanie myśleć tylko o sobie, o tym, jak to ona jest najbardziej nieszczęśliwa na świecie? 

„Wbrew sobie” to nie tylko Ewelina. To Adam, Justyna, ich matka i kilka innych postaci, które mają do odegrania istotną rolę w fabule. Według mnie Kołczewska cały czas pisze o zjawisku, które jest niezbywalnym prawem człowieka, ale jednocześnie może być jego największym przekleństwem. To decyzyjność. Ustami swoich bohaterek pisarka przekazuje niby prostą prawdę, że podejmujemy decyzje najlepsze w danym momencie. Z perspektywy czasu jest prawdopodobne, że ocenimy ją inaczej, ale wtedy, kiedy miała zapaść, była jedyną możliwą i właściwą. A jednocześnie raz podjęta nigdy nie pozostaje bez wpływu na późniejsze życie. Widać to i u Marianny, i u Justyny, i u samej Eweliny, której błędem było zaplanowanie, że jej byt, rodzina, praca, że to wszystko będzie idealne jak z obrazka. W sumie więc nie ma się jej co dziwić, że nie umiała się odnaleźć w sytuacjach trudnych, stresujących. Nikt jej tego nie nauczył, nie wypracowała więc sobie osobistych mechanizmów obronnych; nie dawała sobie przyzwolenia na umiejętność przyjmowania z pokorą tego, co zsyłał jej, okrutny w jej mniemaniu, los. A czy był on okrutny? Nie, taki po prostu czasem jest; raz świeci słońce, a raz pojawiają się burzowe chmury. I tylko od nas samych zależy, co z tym zrobimy, jak będziemy reagować, czy poprosimy kogoś o wsparcie.  

Muszę stwierdzić, że „Wbrew sobie” to bardzo wyczerpująca lektura. Nie da się podejść do przeżyć postaci obojętnie. Czytelnik w pełni się w nie angażuje, zastanawia się, jak sam by postąpił na ich miejscu. Czasem ich postawy drażnią i irytują, czasem zasługują na przyklaśnięcie, ale dobitnie uświadamiają jedno: wszystkie są tak bardzo ludzkie. A ilu ludzi, tyle reakcji na to, co spotyka nas każdego dnia. I tak jak napisałam wyżej, możemy tylko zastanawiać się, co sami byśmy zrobili, bo nigdy tego nie wiemy, dopóki nas to nie dotknie. W końcu „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Katarzyna Kołczewska potrafi zmęczyć czytelnika, ale jednocześnie angażuje go maksymalnie i jej fabuły po prostu się połyka. I ma się wrażenia obcowania z czymś wielkim. Jej styl jest prosty i lekki, choć tak szczerze mówiąc, to zupełnie nie zwraca się nań uwagi. Bo tu liczą się wydarzenia, postaci, ich emocje, a nie to, jak są zaprezentowane. Trzecią książką autorka wyrasta na osobę powołaną do tego, by pisać o tym, co trudne, bolesne, czasem nawet brudne. Nie jest specjalistką od spraw błahych i jeśli mam być precyzyjna, to właśnie tego od niej oczekuję: że będzie pisała o życiu w jego niejednoznacznym wymiarze, nieprzesłodzonym, niewyidealizowanym. Myślę, że laurka ludzkiego żywota w jej wykonaniu byłaby po prostu nienaturalna.

Ja osobiście bardzo cenię sobie powieści, które konfrontują z niełatwymi aspektami życia. Takie, które potrafią przeczołgać psychicznie, trafiać w najczulsze punkty. Takie, które może i zmęczą, wyczerpią, ale nie pozostawią bez refleksji. Oczywiście, że lubię powieści zabawne, rozrywkowe, ale nie można żyć samą rozrywką. Czasem życie jest od niej dalekie, dobrze więc przeczytać utwór fabularny, który będzie miał w sobie trochę elementów misyjnych; pokaże, co można zrobić w danej sytuacji, wskaże jakąś drogę. Jasne, że nie musimy nią podążać, ale wystarczy dopuścić do siebie myśl, że nie tylko my przeżywamy takie problemy. W takim układzie książki Katarzyny Kołczewskiej będą idealne. Przy całokształcie trudności, jakie opisują, dają coś jeszcze: nadzieję. I motywację. By zmienić coś, zanim będzie za późno.

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Księgarni Bookmaster.

http://bookmaster.com.pl/

Wyzwanie: „Polacy nie gęsi”.

10 komentarzy:

  1. Muszę wreszcie znaleźć wolną chwilę, by przeczytać tę książkę. Chociaż z drugiej strony wolałbym coś lżejszego tematycznie. Nie dogodzisz ''babie'' :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dogodzisz, dogodzisz, po prostu musi przyjść ta odpowiednia chwila;)

      Usuń
  2. To już kolejna recenzja polecająca tę książkę, chętnie i ja ją w końcu przeczytam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę, że to bardzo wartościowa książka. Będę miała ten tytuł na uwadze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie taka jest, życiowa i refleksyjna.

      Usuń
  4. Przeczytałam ją - bardzo dobra fabuła. Muszę znaleźć tylko trochę czasu aby napisać o niej kilka słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że przypadła Ci do gustu:)

      Usuń
  5. Ta książka jest super, super, super - wykrzyknęła Ann bardzo elokwentnie. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Paulę było stać jedynie na równie elokwentne przyklaśnięcie;)

      Usuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.