czwartek, 8 czerwca 2017

Magdalena Majcher "Matka mojej córki"



Magdalena Majcher „Matka mojej córki”, Pascal 2017, ISBN 978-83-8103-037-3, stron 384

Tekst może zawierać spoilery.

Można chyba powiedzieć, że Nina jest kobietą sukcesu. Mieszka we Wrocławiu, pracuje w bankowości. Jej życie prywatne to jednak raczej samotność i przelotne związki na chwilę, choć nie twierdzi, że jest jej z tym źle. Do rodzinnej Czeladzi, gdzie mieszkają rodzice i jej młodsza siostra Iga, przyjeżdża rzadko, bo na tych relacjach zaważyła skomplikowana przeszłość. Szczególnie trudne więzi łączą ją z matką – obie nie dotykają tego tematu, ale Nina jeszcze nie wie, że niespodziewana śmierć ojca zmusi je do uporządkowania dawnych spraw raz na zawsze. I nie będzie to ani łatwe, ani bezbolesne.

Magdalena Majcher wydała właśnie swoją trzecią powieść. Poznałam ją przy okazji drugiej fabuły jej autorstwa, „Stan nie!błogosławiony”, która przekonała mnie do siebie przede wszystkim wciągającą historią i przyjemnym stylem. Majcher podjęła temat, który może być bliski – ale oby nigdy nie był – każdej kobiecie, która myśli o zostaniu matką. W drugiej książce pokazała, że ma zamiar –a przy tym odwagę - sięgać po problemy bliskie rzeczywistości i szarej niekiedy codzienności oraz koncentrować się na relacjach międzyludzkich. „Matka mojej córki” reprezentuje ten sam nurt w jej prozie.

„Stan nie!błogosławiony” skłaniał do wielu refleksji, zmuszał do stawiania samego siebie na miejscu głównej postaci. Z „Matką...” jest podobnie. Historię obserwujemy z punktu widzenia Niny, tej szesnastoletniej oraz kobiety niewiele po trzydziestce. Z jednej strony bardzo mi to odpowiadało, lubię naprzemienność czasową, ale z drugiej nie było wcale trudno domyślić się, o jaką tajemnicę z przeszłości będzie chodziło. Mała liczba bohaterek od początku sugerowała, że córką Niny będzie Iga; nie pomyliłam się także w przewidywaniach, jak postąpi matka dziewczyny, biorąc pod uwagę, co Majcher uczyniła jej największym marzeniem. I właśnie ten aspekt jest dla mnie może nie rozczarowaniem, ale jakimś niedosytem na pewno – zabrakło mi nieco elementu zaskoczenia, czegoś, co choć na chwilę wytrąciłoby mnie z tych utartych kolein, jakimi toczyła się lektura. Zbyt to wszystko było przewidywalne i takie proste w odbiorze, choć rzecz jasna emocje targające postaciami na pewno do takich nie należały.

No cóż, nie da się ukryć, że „Stan...” dostarczył mi o wiele więcej wrażeń. Nie potrafię nie porównywać tych dwóch książek, może również z tego powodu, że Majcher dość wysoko ustawiła sobie poprzeczkę. Historią Niny trochę obniżyła loty, ale to tylko moje zdanie. Żeby była jasność, dodam od razu, że niniejsza powieść jest naprawdę dobrze napisana, z lekkością, która wciąga niespostrzeżenie, przez co „Matka mojej córki” okazała się lekturą na jedno popołudnie – autorka ma ten atut, że pisze przyjemnie i naturalnie. Obojętnie też się raczej nie podchodzi do wydarzeń, bo przecież z miejsca ustawiłam się po stronie Niny, buntując się na poczynania jej rodzicielki. Ale i tak wrażenie jakiegoś niedosytu pozostało. Liczyłam na więcej, bo jestem przekonana, że Magdalenę Majcher na to więcej stać. I wierzę przy tym, że następna jej fabuła trafi do mnie o wiele bardziej. 

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Pascal.

http://pascal.pl/#


Wyzwanie: „Grunt to okładka”.

14 komentarzy:

  1. mam bardzo podobne odczucia do Twoich. Też uważam, że ''Stan...'' był bardziej emocjonujący. Powyższa książka, choć napisana znakomicie, jednak pozostawia po sobie niedosyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czemu, ale bardzo mnie ucieszyło, że podzielasz moje zdanie.

      Usuń
  2. Jak mnie irytowała matka Niny. Mnie ta powieść bardzo wciągnęła i wyzwoliła wiele emocji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, mnie też drażniła niemiłosiernie.

      Usuń
  3. Jeszcze nie czytałam, ale mam zamiar :) (z obawy przed spojlerami, nie czytałam Twojej recenzji - wrócę do niej jak sama przeczytam)

    Pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę wrażeń mocniejszych, niż moje:)

      Usuń
  4. Nie lubię tego uczucia niedosytu... Jest to zaleta tylko nielicznych książek, ale zazwyczaj funkcjonuje jako wada. W końcu niedosyt to nie "kac książkowy" :D Być może kiedyś sięgnę po tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie to dwa różne stany;)

      Usuń
  5. Mam od ubiegłego tygodnia i się nie mogę doczekać, bardzo

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię taki naturalny styl pisania, szybko się czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam za sobą dopiero dwa czy trzy rozdziały tej książki, a już wiem, kim są dla siebie siostry. Niemniej mam nadzieję, że książka wywrze na mnie dobre wrażenie - okaże się, jak już będę po lekturze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o to mi chodziło, kart zbyt szybko zostają odkryte, nie ma napięcia.

      Usuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.