sobota, 12 sierpnia 2017

W skrócie 2/08/2017



Lisa Scottoline „Czekam na ciebie”, Prószyński i S-ka 2017, ISBN 978-83-8097-184-4, stron 504

Opis wydawcy:
Najbardziej na świecie pragnęła zostać matką. A teraz boi się, że ojcem jej wymarzonego dziecka jest seryjny morderca.
Christine Nilsson i jej mąż Marcus nie mogą mieć dzieci. Spośród różnych możliwości decydują się na bank spermy.
Gdy Christine zachodzi w wymarzoną ciążę, pewnego dnia w wiadomościach rozpoznaje dawcę, którego pamięta ze zdjęć. Niejaki Zachary Jeffcoat został oskarżony o zabójstwo trzech pielęgniarek.
Kobieta musi wiedzieć, czy biologiczny ojciec jej dziecka był zdolny do morderstwa. Czy jest nim Zachary? Mimo sprzeciwu męża Christine podejmuje własne śledztwo, mające na celu oczyszczenie Zachary’ego z zarzutów. Albo przekonanie się o jego winie. Będzie musiała stawić czoło swoim największym lękom i narazi na szwank własne małżeństwo. Ale dopnie swego – pozna prawdę.

Od dawna chciałam przeczytać którąś (bo trochę ich już jest) książkę Lisy Scottoline. Już choćby po pobieżnym zapoznaniu się z opisami jej fabuł, łatwo można dojść do wniosku, że jej proza podobna jest do twórczości rodaczki, Diane Chamberlain, a tę przecież uwielbiam. Na pierwszy raz wybrałam najnowszą książkę – „Czekam na ciebie” pozwoliło mi potwierdzić moją teorię, że owszem, obydwie panie piszące mają ze sobą wiele wspólnego, a nadrzędną cechą wspólną jest umiejętność angażowania czytelnika. W jednym i drugim przypadku nie da się nie zadawać sobie pytań, co zrobiłoby się na miejscu bohaterów.

„Czekam na Ciebie” konfrontuje z niełatwym tematem, jakim jest dawstwo komórek jajowych i spermy. Christine łatwiej przyszło pogodzić się z bezpłodnością męża; on sam twierdzi, ze będzie czuł się ojcem dziecka, bo przecież urodzi je jego żona. Ale wraz z przypuszczeniem, że dawcą może być seryjny morderca, dla Markusa zmienia się wszystko. No cóż, nie mogę powiedzieć, że mnie nie wkurzał – irytował mnie do granic możliwości, nie licząc się zupełnie z uczuciami Christine. Ona sama przypadła mi do gustu, podobało mi się, że miała odwagę zmierzyć się z tym, co na nią spadło, że wzięła sprawy w swoje ręce i nie poddała się; mówiąc kolokwialnie – miała kobieta jaja i nie czekała, aż ktoś coś dla niej zrobi, tylko sama dążyła do poznania prawdy, jakakolwiek by ona nie była.

Diane Chamberlain naprawdę trudno dorównać, ale szczerze muszę przyznać, że pierwsze spotkanie z Lisą Scottoline okazało się nad wyraz udane. Pod wpływem fabularnych wydarzeń pojawiły się emocje; styl, jakim posługuje się pisarka, także jest bez zarzutu. Teraz nic tylko przeczytać pozostałe jej książki – wierzę, że są równie dobre.

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

http://www.proszynski.pl/


Antonina Żabińska „Ludzie i zwierzęta”, Wydawnictwo Literackie 2017, ISBN 978-83-08-06322-4, stron380

Opis wydawcy:
Antonina Żabińska była żoną dyrektora Warszawskiego Ogrodu Zoologicznego. Jej mąż Jan Żabiński stworzył nowoczesne zoo. Żonę cenił za wyjątkowe umiejętności i intuicję w postępowaniu ze zwierzętami. Bez antybiotyków, testów i współczesnej wiedzy weterynaryjnej, Żabińska potrafiła wyleczyć nawet bardzo egzotycznych podopiecznych. Śmierć zwierząt podczas pierwszych bombardowań Warszawy i likwidacja ogrodu nie załamały dyrektorostwa Żabińskich. Kiedy stracili zwierzęta zaczęli ratować ludzi, ukrywając ich na terenie domu i ogrodu. Antonina miała niezwykły dar oswajania dzikich zwierząt, ten dar wielokrotnie ratował życie domowników, kiedy łagodną stanowczością potrafiła odwrócić uwagę faszystów od tego, co się dzieje w willi, którą zwano „Pod  Zwariowaną Gwiazdą”. Zwierzęce pseudonimy, Offenbach grany jako sygnał ostrzegawczy, skrytki w szafach, piwnicy, bażanciarni, pieczyste z gawronów, a wszystko w towarzystwie mięsożernego królika i kotki, która matkowała lisiętom. W czasie okupacji Żabińska wraz z mężem, ukrywali zbiegłych Żydów. On wyprowadził z getta dziesiątki uciekinierów, Antonina stworzyła dla nich dom, który dawał namiastkę normalności. Po likwidacji powstania, Jan Żabiński dostał się do niewoli, a odwaga Antoniny została wystawiona na szczególną próbę, kiedy faszyści zainscenizowali egzekucję jej syna Rysia, albo gdy bez środków do życia z synem, nowonarodzoną córka i kilkoma podopiecznymi osobami musiała uciekać z Warszawy. W 1965 r. Antonina i Jan Żabińscy, oboje otrzymali tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Za ratowanie Żydów w czasie wojny Jan  został  pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z gwiazdą, a Antonina  Krzyżem Komandorskim.

Jak bardzo kocham biografie, tak nie mogę się przekonać do autobiografii. Może to trochę niesprawiedliwe i krzywdzące podejście, ale biografie pisane obcą ręką dają mi większą (większą, ale nie całkowitą) pewność obiektywizmu; w przypadku autobiografii nigdy nie wiem, ile jest w niej kreacji autora. Skąd więc ta lektura? Przeczytałam kiedyś informację o filmie „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”, który oparty jest na historii Antoniny i Jana Żabińskich, i zrobiło mi się trochę głupio, że o Polakach ratujących w czasie wojny Żydów amerykańscy filmowcy robią film, a ja nic o nich nie wiem. Gdy zobaczyłam tę książkę na półce w bibliotece, nie wahałam się ani przez moment.

Opis mówi właściwie wszystko o tym, co znajdziemy w treści. Wspomnienia Żabińskiej czyta się w wielkich emocjach, choć trzeba też przyznać, że o ukrywaniu ludzi pisze ona jakoś tak zwyczajnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem, a przecież wiadomo, że nie wszyscy w czasie wojny zdobywali się na takie czyny. Więc tak, ja się stresowałam w czasie czytania, nie dowierzałam też czasami, ile autorka miała szczęścia, trafiając na jakichś bardziej ludzkich przedstawicieli okupantów. Znajdziemy tutaj lęk i obawy, zrodzi się w nas przejęcie, ale wśród uczuć towarzyszących lekturze pojawia się również wzruszenie i rozbawienie, a te wywoływały najczęściej zwierzęta, o których pisze Żabińska, te, które przewijały się przez jej dom rodzinny. To nigdy nie było tylko zwierzęta, to były zawsze aż zwierzęta, nieodłączni towarzysze życia człowieka, które myślą, czują i potrzebują opieki.

Książka kończy się wraz z dniem przed oficjalnym otwarciem warszawskiego zoo po wojnie. Rozumiem, że wspomnienia miały dotyczyć czasów wojny, ale zabrakło mi jakiegoś posłowia, kilkunastu choćby zdań wyjaśniających, jak to dokładnie się stało, że mąż Antoniny został w 1951 roku pozbawiony stanowiska i rodzina musiała opuścić dom, arkę, która pozwoliła wielu ludziom przetrwać hitlerowski kataklizm. Wiem, że nastąpiło to z związku z działalnością Jana w Armii Krajowej, ale u autorki nie ma ani słowa o tym, jaka władza nastała po 1945 r. Ona sama, walcząc o ponowne uruchomienie ogrodu zoologicznego, spotykała na swojej drodze ludzi raczej przychylnych koncepcji, by warszawiacy mieli swoje zwierzęta, żeby było jak dawniej. Czyżby więc trafił się, niestety, jakiś urzędnik, który pozbawił Antoninę Żabińską wiary w to, że ludzie są z natury dobrzy, a ona nie chciała o tym pisać?

Wyzwanie: „Grunt to okładka”.




10 komentarzy:

  1. ,,Czekam na Ciebie'' mam w swojej biblioteczce i zamierzam w wolnej chwili zajrzeć do tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Czekam na ciebie" czeka na moim czytniku, a że porusza tematykę, która bardzo mnie intryguje, to na pewno sięgnę po ten tytuł w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na LC widziałam, że teraz też czytamy tę samą powieść;)

      Usuń
  3. Myślę, że książka Lisy Scottoline wywołałaby we mnie wiele emocji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Musze ją przeczytać! Mam już w domu. Uwielbiam jej styl pisania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakładam, że masz na myśli Scottoline;)

      Usuń
  5. Czytałam kilka książek Scottline. Dobre ale chyba wolę Chamberlain.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.