wtorek, 11 lipca 2017

Ove Løgmansbø "Enklawa"



Ove Løgmansbø „Enklawa”, Wyd. Dolnośląskie 2017, ISBN 978-83-271-5459-0, stron 400

Vestmanna. Niewielka miejscowość na Wyspach Owczych, gdzie wszyscy się znają i raczej nie mają przed sobą tajemnic. Tu nie dochodzi do zbrodni ani kradzieży, a i kontakty międzyludzkie, szczególnie wśród młodzieży, coraz częściej przenoszą się do Internetu. W poglądach politycznych Farerzy dzielą się na tych, którzy chcieliby pełnego uniezależnienia od Danii oraz tych, którzy wolą zachować stan obecny. W takich okolicznościach dochodzi do zaginięcia nastolatki. Jako ostatni Poulę Løkin widział Hallbjørn Olsen, były żołnierz, który obecnie para się pracami dorywczymi. Poszukiwana dziewczyna była koleżanką z drużyny piłki ręcznej jego szesnastoletniej córki, Ann-Mari. Sprawę szybko przejmuje duńska policja w osobie sierżant Katrine Ellegaard. Gdy ginie druga nastolatka, poczucie bezpieczeństwa i dotychczasowy spokój Vestmanny idą w zapomnienie...

Całkiem niedawno przez świat literacki przetoczyła się mała burza. Przed ukazaniem się trzeciej części trylogii Ove Løgmansbø, pisarza o polsko-farerskich korzeniach, okazało się, że autorem tym tak naprawdę jest Remigiusz Mróz. Jeden z najbardziej poczytnych twórców ostatnich kilku lat postanowił sprawdzić się w czymś nowym, dlatego też przyjął pseudonim i stworzył swoje alter ego: autora skandynawskich kryminałów, mieszkańca Wysp Owczych. Tajemnicy nie udało się utrzymać zbyt długo, Polonia na Farojach znalazła w książkach nieścisłości (np. kwestia pukania do drzwi, coś, co w społeczności Farerów nie występuje) i przeprowadziła własne śledztwo, docierając do prawdziwej tożsamości Løgmansbø. Przyznam, że sama miałam co innego na głowie i dość obojętnie podeszłam do tego, co się wówczas działo. A zarzucano autorowi, że podawanie się za mieszkańca Wysp Owczych nie było dobrym pomysłem; koncentrowano się na błędach w opisywaniu tamtejszych realiów, których nie mógł się nie ustrzec, pisząc zza swojego biurka, a nie na miejscu. A ja, jako że autora zwyczajnie lubię, a do jego twórczości podchodzę raczej bezkrytycznie (w końcu kto mi zabroni), postanowiłam po prostu przeczytać pierwszy tom serii, bez rozmyślania nad czymkolwiek, co związane z jej otoczką. I po pochłonięciu w oka mgnieniu pierwszych stu stron zamówiłam sobie w bibliotece drugą część (dobrze, że jestem pierwsza w kolejce, jest szansa, że długo nie będę musiała czekać).

Jeśli faktycznie w „Enklawie” są jakieś nieścisłości, no cóż, trudno, ja i tak nie wiem, jak wygląda Vestmanna i jej najbliższe okolice. Ale wydaje mi się, że jeśli miałabym sobie wyobrazić niewielką w sumie społeczność żyjącą na wyspie o dość surowym klimacie, to odpowiadałoby to temu, co przeczytałam. Moim zdaniem, odmalowanie nastroju wyspy wyszło autorowi bardzo dobrze. Atmosfera jest ponura, mroczna, posępna i ma się wrażenie obecności czegoś niepokojącego, czającego się za plecami. Mała liczba wiodących bohaterów powinna ułatwiać samodzielne rozwiązanie zagadki, a mimo to nie udało mi się przewidzieć zakończenia. Tym większe uznanie dla autora, że cały czas potrafi jeszcze zaskakiwać.

Frapująca jest dla mnie jeszcze jedna rzecz. W mojej opinii udało się Mrozowi „przekroczyć” samego siebie i stać się innym pisarzem. Przecież wiedziałam, czyją książkę czytam, miałam też egzemplarz opatrzony tym żółtym kółkiem, a mimo to ja naprawdę zapomniałam, że czytam Mroza. Dla mnie to była fabuła skandynawskiego pisarza. Tak po prostu. „Enklawa” jest dowodem na to, że Remigiusz Mróz ma jeszcze wiele w zanadrzu i że nie musi bazować na sprawdzonych schematach, by przyciągnąć czytelnika, zaangażować jego uwagę. On ciągle jest w stanie sprawiać, że mam oczy jak pięć złotych ze zdziwienia (a piszę te słowa świeżo po lekturze „Czarnej Madonny”, to dopiero jest szok). I tego zdania będę się trzymać.

Wyzwanie: „Grunt to okładka”.

12 komentarzy:

  1. Mnie do Mroza bardzo ciężko jest się przekonać. Jakoś z dystansem podchodzę do autorów, którymi tak wiele osób się zachwyca. Zwykle musi upłynąć sporo czasu, zanim sięgnę po coś takiego autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zaczynałam go czytać, gdy jeszcze nie było wokół niego tyle szumu. I od tamtej pory jestem mu wierna.

      Usuń
  2. Dobrze, że udało się Mrozowi „przekroczyć” samego siebie i stać się innym pisarzem. To się ceni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to pokazuje, że autor nie spoczął na laurach.

      Usuń
  3. Bardzo cenię sobie twórczość tego autora. Niektórzy zarzucają mu zbyt wiele wydawanych powieści, a tu jeszcze okazało się, że pisze pod pseudonimem :) Oszukał wszystkich :) Mam nadzieję, że przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tam jego tempo wydawania absolutnie nie przeszkadza:)

      Usuń
  4. Przeczytałam "Enklawę" jeszcze zanim było wiadomo, że autorem jest Mróz i uznałam ją za dość przeciętnego przedstawiciela gatunku. Do serii raczej nie wrócę. Jak już mam czytać książki, których fabuła toczy się na Islandii, to wolę poczytać islandzkich autorów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie przypadła do gustu, niezależnie od całego zamieszania z kwestią autorstwa;)

      Usuń
  5. Fajnie, że Mróz napisał trochę inaczej, jednak żółta naklejka na okładce jest niepotrzebna - przecież używając pseudonimu autorowi nie chodziło o to, żeby od razu wiadomo było kto to napisał:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku jej chyba nie było, pojawiła się dopiero wtedy, gdy już wszyscy wiedzieli, kto jest autorem.

      Usuń
  6. mam wrażenie, że Mróz wyjątkowo często przechodzi sam siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Będę czytała z podobnej perspektywy, jak Ty: również mam za sobą dużo powieści Mroza i niewiele wiem o Wyspach Owczych. ;) Jestem ciekawa, czy będę miała podobne odczucia.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli pozostawisz ślad swojej obecności. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.